wtorek, 22 sierpnia 2017

Cała Prawda o Życiu w Kawalerce

Poziomka śpi, za oknem leje, i całe szczęście bo chyba nigdy bym nie usiadła do tego wpisu :P Wakacje to taki czas kiedy szkoda mi czasu na siedzenie przed komputerem. Zwłaszcza, że Ładna Historia zajmuje mi sporo czasu, a to ona jest teraz moim priorytetem, bo sezon na piękne przyjęcia weselne w pełni :) Lato też w końcu się naprawiło i na pogodę nie można narzekać (oprócz ostatnich trzech dni), więc jeżdżę, zwiedzam, korzystam, wystawiam uśmiechnięte ryło do słońca i czerpie z niego całymi garściami to co najlepsze, żeby na jesieni nie żałować, że czegoś sobie odmówiłam lub pożałowałam :)

Mam nadzieję, że Wy również macie cudowne wakacje i wyciskacie z nich maksimum przyjemności jakie oferują. Ja do tego stopnia, że nowe mieszkanie wygląda tak samo jak wyglądało zaraz po przeprowadzce. Nie mam czasu na realizację pomysłów, więc ogarniamy z Szarlatanem minimum, które trzeba ogarnąć, aby sprawnie funkcjonować i nie przejmujemy się tym czego nie ma, bo wiemy, że to stan przejściowy. Cieszę się natomiast, że kawalerka już za nami, ba, nawet odremontowana i z nową lokatorką :) Dla obserwujących mój Instagram nagrałam nawet relacje z postępów i efektów remontu, a dla Was drodzy czytelnicy przygotowałam obiecane zdjęcia i opis tego jak się w niej mieściliśmy (lub też nie :P) kiedy jeszcze tam mieszkaliśmy :) 



No bo właśnie jak to było, że na 25 metrach zmieściła się 3 osobowa rodzina, udało się jej nie zwariować i nawet jak ma bałagan to wnętrze ładnie wygląda? ;) Bo muszę przyznać, że jak patrzę na te zdjęcia to wciąż mi się to mieszkanko bardzo podoba, chociaż wcale nie żałuję, że już tam nie mieszkam (ale o tym później). Kiedy przygotowywałam je do przyjścia na świat Poziomki (seria wpisów Dziecko w kawalerce) ani przez chwilę nie obawiałam się, że zabraknie nam miejsca na dziecko i jego rzeczy. Uważałam to nawet za ciekawe wyzwanie i aż przebierałam nogami na zmiany, które były po prostu kwestią przeorganizowania się i zrobienia ostrej selekcji majątku. I to właśnie była główna zaleta życia w kawalerce :) Małe mieszkanie nauczyło mnie przeglądania porządkowania posiadanych rzeczy na bieżąco, i przede wszystkim rozsądne gospodarowanie pieniędzmi na zakupach. Zmieniłam też nieco swoje podejście do kupowanych rzeczy. Niegdyś kupowałam dużo, a tanio, teraz wolę kupić jedną, ale dobrą rzecz i mieć pewność, że będzie przez wiele lat wyglądać dobrze. Wtedy też nie mam potrzeby kupować kolejnych :) 

No ale przejdźmy do konkretów czyli gdzie, jak, i co trzymaliśmy w kawalerce :) Zacznę może od młodej damy i jej rzeczy, bo to był mój ulubiony kącik w mieszkaniu. Szuflada w łóżeczku to moim zdaniem genialny wynalazek nawet jeśli mieszka się w dużym mieszkaniu/domu to może być miejscem na podręczne potrzeby typu zapas pieluch, chusteczek, nebulizator, w naszym przypadku również zabawki, nosidła i inne.


Ubrania Poziomki mieściła stara komoda (i cały czas mieści), którą upolowałam na OLX jeszcze przed narodzinami Poziomki. Myślałam, że to będzie mało, ale jak się okazało jest aż nadto :P W pierwszej trzymam ubranka typu piżamki, bodziaki i dodatki. W drugiej sukienki, spodenki, bluzy i inne ciuchy, a w ostatniej albo już za małe do wywiezienia albo kupione na wyrost + różne zapasy, kremów, maści, patyczków, soli fizjologicznej, bla, bla, bla ;)



Na komodzie stoją zawsze rzeczy, które są niezbędne na okrągło, czyli mokre chusteczki, organizer Beaba (zachwalałam wiele razy, np. TUTAJ) z pieluchami i innymi akcesoriami. Pod komodą trzymałam worek ze wszystkimi chyba możliwymi zabawkami, a nad komodą na półeczce ustawiałam tylko wybrane drobiazgi, które w danym czasie mi się podobały i pasowały :) 




Kiedyś, dawno, dawno temu przy publikacji zdjęć naszego mieszkania w jakimś dużym portalu ktoś nam zarzucał, że w naszym domu nie ma książek. Za chwilę zobaczycie, że są wszędzie, a odkąd jest z nami Poziomka jest ich 3 razy więcej, bo ona uwielbia jak się jej czyta, więc ciągle coś nowego dokupuje i już się nie mogę doczekać żeby zrobić jej własną biblioteczkę w nowym mieszkaniu ze starego kredensu po Cioci Oli :) 


W kawalerce książki Poziomki mieściły się głównie na wózeczku koło łóżka tak by swobodnie mogła sama po nie sięgać i wybierać co chce przeczytać/poprzeglądać, a jednocześnie przycupnąć na czymś miękkim ;)


Kolejnym miejscem, które mieściło nasze książki były kubiki nad sofą. Tam też trzymaliśmy płyty, większe i mniejsze tekstylia Poziomki, a Szarlatan miał dodatkowe dwie półki na ubrania, które nie mieściły się w szafie, bo ja zajmowałam znaczącą większość :D

 





Po zamknięciu kubiki eksponowały tylko to co chcieliśmy mieć na widoku. Nieskromnie uważam, że udał mi się ten system i polecam go każdemu kto potrzebuje dodatkowego miejsca do przechowywania w małym mieszkaniu :)




Sofa jak widać była tylko zaścielona (kiedy ją składaliśmy pościel mieściła się w jej pojemniku), bo przyznam, że odkąd pojawiła się Poziomka, jej składanie przestało nam się opłacać. W ciągu dnia w ogóle nie chciała spać w swoim łóżeczku, więc nasze służyło do wypoczynku, czytania i innych rozrywek. Za drzwiami, które przeważnie były otwarte, mieliśmy kilka wieszaczków na domowe ciuchy, bluzy, szlafroki itp. 


Zaraz obok była duża szafa aż pod sufit, która nie tylko mieściła nasze kurtki, rzadziej noszone ubrania, domowe tekstylia (czyli poszewki, ręczniki, koce), rzadziej używane buty (biały pojemnik), akcesoria do sprzątania (odkurzacz, mopa [akurat były w użyciu w nowym mieszkaniu], ścierki, zmiotki), żelazko, deska do prasowania i niezliczone ilości alkoholu, które Szarlatan dostaje w prezencie po każdym weselu (taka robota :D) i od 3 lat zbiera na naszą parapetówkę :D Góra szafy to pojemniki z ubraniami latem zimowymi, zimą letnimi. Gry, narzędzia i inne drobiazgi. Generalnie, ta szafa mieściła naprawdę dużo, aż za dużo, bo momentami nie mogliśmy się w niej pewnych rzeczy doszukać :D





Zaraz obok stała stara szafa po Cioci Oli. Tutaj trzymaliśmy wszystkie nasze codziennie ubrania, bieliznę, torby, których używaliśmy lądowały na szafie, razem z wózkiem i butami Poziomki. Ja widzicie było nam dość ciasno i brakowało jednak bardzo szuflad, zwłaszcza na bieliznę, bo te czarne i białe kosze z Ikei są fajne, ale nie na długo ;)





Wnękę za szafą wypełniał dobrze Wam znany kącik do pracy dla dwojga (pierwsza wersja, druga wersja). To miejsce mieściło chyba najwięcej rzeczy, od bardzo dużych, po mikro drobiazgi. Oprócz tego zawsze było najbardziej zagraconym miejscem w mieszkaniu, bo wszystko co nie miało swojego miejsca lub było świeże w domu, lądowało właśnie na nim, i czekało aż będziemy mieli czas się tym zająć. Wszelkiego rodzaju dokumenty, korespondencja, zakupy (inne niż spożywcze), nieotwarte paczki, popierdółki, gadżety, popsute, połamane lub inne elementy nie do pary :P W efekcie ja w ogóle przestałam pracować przy biurku, bo nie znoszę siedzieć w bałaganie, a wiadomo jak to przy dziecku ciągle brakowało nieraz czasu na doprowadzenie biurka do porządku albo inaczej, jeśli miałam wybierać między sprzątaniem, a spędzaniem miło czasu z Poziomką to wybierałam to drugie ;)








Żeby uświadomić Wam jak wiele rzeczy mieści się w kawalerce wyłożyłam dla Was na podłogę zawartość pudełka spod biurka, a i tak to nie wszystko ;) Szczerze mówiąc to nawet w tak małym mieszkaniu można coś tak dobrze schować, że ciężko potem to znaleźć :P Ja tak np. na śmierć zapomniałam, że na dnie tego pudła czekały Kiełkowniki i naczynka na lody, które sto lat temu zakupiłam do mojej nowej kuchni :D





No i właśnie tym sposobem doszliśmy do jadalni, a z niej prosto do kuchni, która chyba jest dla Was największą zagwozdką. 




Jadalnia to nic rewolucyjnego, stół i krzesła. Niegdyś duży, z czterema krzesłami i kredensem na różne imprezowe naczynia, szkło i ładną zastawę (KLIK). Kiedy pojawiła się Poziomka trzeba było z niego zrezygnować i tym samym imprezowe skorupki wylądowały w piwnicy i były przynoszone tylko przy okazji większych imprez (np. Baby Shower). A stół zamieniliśmy na dużo mniejszy, ale wciąż bardzo funkcjonalny i odpowiednie dla małego dziecka krzesło (KLIK) :)




Kuchnia (ostatnia wersja TU), jeśli dobrze pamiętacie, była usytuowana w małym, ciemnym przedpokoju, chociaż nie mogę narzekać, bo mieliśmy małe urocze okienko na południową stronę świata i mimo wielkiego drzewa za nim czasem wkradało się do nas przez nie słońce :) 


W każdym razie, żeby nie przytłaczać i tak niewielkiej kuchni, zrezygnowałam z górnych szafek na rzecz otwartych półek. Ich zawartość zmieniała się na okrągło, ale ich przeznaczenie nie. Mieściły codziennie używane naczynia, suche półprodukty do gotowania (kasze, makarony, cukier, sól, kawę itp. itd.) i inne sprzęty, a nawet ozdoby. 



To co nie mieściło się nam na półkach (a mogło, bo wystarczyłoby się pozbyć syfonów i dekoracji), ale jakoś zawsze było mi nie po drodze, chowaliśmy w szafce pod zlewem, w zgrabnych koszyczkach, pudełkach lub luzem, jeśli się nie mieściły ;) 



W tej samej szafce mieściła nam się większa i ładniejsza zastawa na wypadek niezapowiedzianych gości, sprzęt do miksowania, ubijania, mieszania itd., toster oraz herbaty i przyprawy.



Sporo rzeczy lądowało też w skrzynce koło kuchenki. W kuchence natomiast trzymaliśmy zaledwie 2 garnki i 3 patelnie oraz prodiż. 





Zaraz obok niej była zabudowana lodówka. Wiadomo co się trzyma w lodówce, ale zapomniałam zrobić jeszcze zdjęcia koszyków na parapecie okna gdzie trzymaliśmy przeważnie owoce i warzywa oraz jakieś zioła w doniczce:)



Pod blatem, przy drzwiach, w dwóch szufladach znajdowały się sztućce oraz śmietnik (podzielony do segregacji) i miejsce na reklamówki.




Blat kuchenny i ściany też były wykorzystane do granic możliwości przez chlebak, czajnik, Baby Cook, suszarkę, podręczne przyprawy, pojemnik z akcesoriami do gotowania, noże, kubki. O tym jak to się wszystko sprawdziło lub nie, pisałam TUTAJ.


 






Czy to nam wystarczało? Do czasu. Na początku naszej historii w kawalerce niczego nam nie brakowało, ani miejsca, ani sprzętów. Kiedy jednak pojawiła się Poziomka, zaczęliśmy więcej gotować na co dzień i doszło wiele nowych gadżetów, które z jednej strony ułatwiały nam życie, ale z drugiej brakowało nam na nie miejsca. No i zmywarka, zmywarki brakowało nam najbardziej! Po kilku latach zaczęło też się nam przykrzyć wyciąganie czegoś z głębin szafki, piwnicy czy innych zakamarków. Większego blatu, większej ilości garnków, miejsca na przechowywanie jakiś przetworów, robienia zapasów na więcej niż 2 dni żeby ciągle nie latać na zakupy. 



Przedpokój był to zaledwie wieszak na kurtki, nad nimi półka z pudełkami na różne akcesoria (obuwnicze i worki do odkurzacza), stojak na buty, które również wymienialiśmy sezonowo z tymi w szafie. A pod lustrem stał kosz na apaszki, czapki, szaliki, rękawiczki i inne dodatki :)



Zaraz obok, w mikro łazience mieścił się prysznic, dwa kosze na pranie, kubiki z koszyczkami na jakieś dodatkowe kosmetyki, pralka, a na niej kosz z piżamami i jakimiś domowymi dresami, za pralką składana wanienka Poziomki (ostatecznie kąpaliśmy ją w niej na stole w pokoju, a potem w misce pod prysznicem ;) i suszarka na pranie. Cała chemia i kosmetyki mieściły się nam w szafce pod umywalką i za lustrem nad nią. Raczej nie jesteśmy kosmetykowi, więc miejsca dla nas było aż nadto ;) Jedyne czego nam po kilku latach zaczęło brakować to wanny. Przynajmniej mi i Poziomce, bo Szarlatan jakimś fanem moczenia się godzinami nie jest.







Edit: Jeszcze balkon :) Zimą służył nam za lodówkę, a wiosną i latem prezentował w pierwszej wersji tak...KLIK.



A po metamorfozie tak...KLIK




Ostatni sezon służył już tylko głównie do przechowywania słoików, stawiania Poziomki na drzemkę w wózku, jej zabawy z wodą i pranie, więc miejsca i czasu na kwiatki zabrakło ;)


Poza sezonem pranie suszyliśmy w środku pod drzwiami balkonowymi, na kaloryferach i w łazience nad pralką :)


I to by było na tyle z przeglądu szafek. A teraz cała prawda. Kochałam to mieszkanko, ale od dobrego roku miałam go kur*a serdecznie dość (Szarlatan też)! Nie brakowało mi miejsca na rzeczy, nie brakowało mi jakichś luksusów, nie brakowało mi nawet tak bardzo tej wanny czy zmywarki, ale przestrzeni! Dla siebie, dla nas, dla znajomych, dla normalnego życia. O ile, gdy byliśmy sami nie było z tym problemu, o tyle gdy pojawiła się Poziomka całe nasze życie musieliśmy dostosowywać do jej potrzeb. Drzemka, cisza, zabawa, zabawki na całej podłodze i nie da się przejść przez mieszkanie, wieczorne kąpanie i spanie, goście do widzenia, światła zgaszone, dźwięki wygłuszone, żadni znajomi, imprezka, ręczna praca przy stole, gry planszowe czy oglądanie filmów (chyba, że w słuchawkach) nie wchodziły w grę, chyba, że w kuchni na podłodze, co nie należało do wygodnych rozrywek, na inne w tym miejscu nie narzekałam ;) 


Pewnie gdyby nie perspektywa większego metrażu, zupełnie inaczej bym przeorganizowała to mieszkanie. Zmieniła szafy na jedną ale dobrą, z szufladami i schowanym kącikiem do pracy, pochowała większość gratów, bo ilość rzeczy wyeksponowanych na półkach i półeczkach również zaczęła mnie przytłaczać. Coś poprzestawiała, przemeblowała. Wydzieliła jakiś kąt do spania za parawanem czy zasłonką. Ale myślę, że i takie zabiegi na dłuższą metę by nam nie pomogły. Zmęczeni byliśmy kręceniem się w kółko po jednym pokoju bez szansy wypoczynku, pracy, gotowania czy jedzenia w różnych pomieszczeniach. Nie sprzątania na okrągło tylko zamknięcia bałaganu za drzwiami sypialni ,kiedy padaliśmy ze zmęczenia i mieliśmy dość wszystkiego. A zeszły rok był bardzo ciężki, więc zdarzało się to nam bardzo często. Mimo to, konieczność utrzymywania porządku i pilnowania aby każda rzecz trafiała na swoje miejsce to z pewnością zaleta mieszkania w kawalerce, która została nam do dziś :) 


Z tym mieszczeniem się to też nie do końca prawda. Gdyby nie fakt, że nasi rodzice mieszkają w domach i korzystamy z tam dostępnych strychów, garaży lub piwnic, pewnie musielibyśmy nająć jakiś magazyn, tak jak Szarlatan na sprzęt muzyczny do pracy (Imprezy po Byku to nie lada ilość głośników, lamp i innych kabli). Sprzęty sportowe (deski, rowery, narty), opony letnie/zimowe, cały towar z którego wyrosła Poziomka (trzymam dla kolejnych potomnych), dekoracje na Ładne Historie i wszystko co po wstępnej selekcji w kawalerce uznawaliśmy za dłużej nieprzydatne lądowało właśnie u nich. A potem rozdawaliśmy, oddawaliśmy, trzymaliśmy i wciąż trzymamy, jeśli z jakiegoś powodu uznaliśmy, że jeszcze nam się przyda. Jedna piwnica to było mało na to wszystko ;)


Cały czas jednak uważam, że mieszkanie w kawalerce to fajna sprawa i kwestia nastawienia. My mieliśmy bardzo pozytywne przez wiele lat, ale w międzyczasie zmieniło się nasze życie, potrzeby i standardy ;) Na ten przykład przez cały poprzedni rok każdy weekend w sezonie Szarlatana musiałam wybywać z Poziomką do Mamy pod miasto, aby chłopak mógł się wyspać przed i po pracy, bo inaczej nie było na to szans (teraz zamykam drzwi sypialni kiedy Szarlatan śpi i mamy z Poziomką całe nowe mieszkanie dla siebie)! Wiecie co to znaczy pakować i rozpakowywać siebie i małe dziecko co tydzień przez pół roku żeby jechać gdzieś gdzie niekoniecznie ma się coś do roboty albo jak się ma to trzeba ciągnąć ze sobą cały bajzel? Pewnie niejedna osoba powie: luksus, ciesz się, że miałaś w ogóle dokąd jechać. Ja wiem, że w takim małym mieszkaniu można żyć nawet i w 4-5 osób. Miałam nawet takich sąsiadów, do tego sprawili sobie jeszcze psa i jakoś sobie radzili, ba, zawsze byli uśmiechnięci, ale to co działo się za drzwiami, a raczej już w wejściu, przechodziło ludzkie pojęcie! Nigdy nie chciałabym żeby mój dom tak wyglądał! Zresztą nigdy nie widziałam u nich gości, poza rodzicami w święta, a pewnie nie od dziś wiecie, że my to jesteśmy towarzyskie dusze. Uwielbiamy zapraszać znajomych, rodzinę, przyjaciół, imprezować, gotować dla wielu osób. Dla mnie kolorowy i dobrze zorganizowany dom pełen ludzi, w którym jest miejsce na wspólne gotowanie, jedzenie, miłość, przyjaźń, zabawę, rozwój, spędzanie czasu tak jak każdy tego potrzebuje to pełnia szczęścia. W kawalerce zdecydowanie jest go za mało na to wszystko ;) Momentami czułam się w niej jak w klatce, oby do śniadania i out. Chociaż ja to w ogóle jestem struś pędziwiatr, więc może nie jestem zbyt dobrym przykładem. Siedzę w domu tylko jak mam coś do roboty, no i kiedy jestem zmęczona lub z jakiegoś powodu nienawidzę świata i nie mam ochoty tymczasowo na niego patrzeć (w skrócie tak zwany PMS), inaczej szkoda mi dnia ;) 

Edit: Wiedziałam, że o czymś zapomniałam, ale było późno w nocy kiedy kończyłam pisać ten wpis i nie miałam już siły na więcej. Zapomniałam o końcówce, o pozytywnej końcówce, bo jak ciężko by nam nie było w naszej kawalerce to zawsze, ale to zawsze byliśmy wdzięczni za to, że mamy to nasze małe mieszkanko! Łezka też mi się kręci na myśl ile pięknych chwil przeżyliśmy na tych 25 metrach. Nasze zaręczyny, ciąża, narodziny Poziomki, pierwsze jej słowa, kroki, tańce i śmieszne miny. Nie żałuję niczego co nas tam spotkało, bo wszystko wyszło nam nam na dobre i wciąż jesteśmy razem, a to jest dla mnie najważniejsze <3 

Taka jest prawda, moi Państwo :) Zdziwieni, czy właśnie tego sie spodziewaliście? Ciekawa jestem Waszych komentarzy :) Kolejny wpis obiecuje już z nowego mieszkania, a dokładnie z kuchni, która przypadła Wam do gustu chyba najbardziej :) Zresztą mi też! Co tu dużo gadać :D

Do następnego!

LU

Pin It

17 komentarzy:

  1. Nie wyobrażam sobie życia w kawalerce z dzieckiem...brawo WY i wasza silna psycha:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też zaczynałam od kawalerki :-)
    Najważniejsze ze mieszkasz z odpowiednimi ludźmi resztę sie da upchać pod blat ;-)
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja właśnie jestem w tej sytuacji, ale bez dzieciaka. I jest uroczo, dopóki nie postawię suszarki z praniem, a dwie rzucone na oparcie krzesła bluzy dają efekt bałaganu... Brak miejsca na wyjazdową walizkę i pogniecione ciuchy w szafie. A na dodatek na tych 20m2 mam ciemnobrązową ścianę i równie ciemne meble. A zmienić nic nie mogę, bo nie do końca moje. Brązowy koszmar :(
    Mam dosyć. Po 5 latach w akademiku, teraz kawalerka. Nie ma nic gorszego niż jeść tam gdzie się pracuje, pracuje tam gdzie śpi. Ci co uważają inaczej, nigdy nie byli w takiej sytuacji ;/
    Ale, doceniam dach nad głową i powoli zaczynam szukać czegoś większego ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajne podsumowanie, podziwiam, ja bym chyba nie umiała mieszkać w bloku, a co dopiero w kawalerce. A najbardziej rzucił mi się w oczy test ciążowy :P Buziaki, Aśko :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Lata kiedy mieszkałam w kawalerce z moim Mężusiem uważam za najfajniejsze w moim życiu. To idealna opcja dla dwojga :) z dzieckiem byłoby "ciut" gorzej - za dużo gratów kolekcjonuję ;) więc MEGA SZACUN, że tyle wytrzymałaś i nie zwariowałaś ;)
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  6. Przez prawie 3 lata mieszkałam sama w kawalerce, i każdy dzień był walką o znalezienie jakiegoś pomysłu na nią. Całą sytuację utrudniał fakt, że było to mieszkanie wynajmowane, więc nie chciałam w nią dużo inwestować. Tym bardziej Was podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
  7. O, i widzę W.I.T.C.H. :D - uwielbiałam ten komiks!

    Naprawdę szacun za zmieszczenie wszystkiego :) Chociaż... Kiedy tak co jakiś czas robię porządki, nazwijmy to "większe", dochodzę do wniosku, że wystarczy dobrze wszystko rozłożyć, zorganizować i się zmieści :) Przykładem jest moja wczorajsza wizyta w komórce - mnóstwo toreb czy to z ubraniami, czy z rzeczami do wydania rodzince pałętało się między nogami, było powciskane w różne miejsca... Przejścia brak w zasadzie, ciasno... Wystarczyło wyjąć wszystkie te torby, wyrzucić z nich zawartość i uporządkować jeszcze raz - z odpowiednim podziałem (tu ubranka dla dziecka znajomych, tutaj dla szwagierki, tu to, tu tamto)... W efekcie wyszło ok. 5 czy 6 dużych toreb, na które było miejsce na regale - i podłoga uprzątnięta, przestrzeń odzyskana! A niby nic niewyrzucone, niby tylko organizacja lepsza! A tak, jak gdyby tych rzeczy nie było :P
    Także wszystko jest możliwe i wszystko się da. A minimalizm najlepszy, to fakt. Ech, ostatnio mam z tym największy problem w przypadku zabawek dzieci... Bo o ile my jako my jeszcze się stosujemy do własnych wytycznych, tak rodzinka... :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Tego się spodziewałem bo po 3 latach mieszkania z dzieckiem w 2 małych pokojach też mam podobne przemyślenia:)kręcimy się w kółko.niby w domu ale wieczorem gdy chcielibyśmy poprostu posiedzieć niema jak;)w pokoju obok dziecko śpi a teściowe na dole więc na spotkania niema szans czy nawet na tv;)Ale może jeszcze rok dwa i będę panią domu:)swojej kuchni najbardziej mi brakuje.rozumiem Cię więc tym bardziej super że macie swoje nowe miejsce:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Szanuję, że daliście radę w kawalerce z małym dzieckiem. My świadomie zdecydowaliśmy, że póki mieszkamy na 26,5 m2, póty dzieci nie będzie. :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Też to przerabiałam! Najpierw mieszkanie we dwójkę tuż po ślubie w kawalerce, potem przeprowadzka do dużego mieszkania, które chyba było trochę za duże dla nas. Następnie przeprowadzka za granicę do kawalerki. "Studenckie" życie było ok, ale gdy pojawił się synek, zrobiło się baaardzo ciasno. To był jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się wrócić do Polski. Ogromnie doceniam to, że syn ma własny pokój, a my sypialnię. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  11. mieszkanko super- wszystko do siepie pasuje jak jedna wielka układanka.

    Mam pytanie: czy wyeksmitowany króliczek powróci na łono Waszej rodzinki??

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak, jak pisałam na fb: wkawalerce mieszkamy 5 rok, z małżem i dwoma kotami. I podziwiam moich rodziców, którzy ze mną, moją siostrą i psem dali radę w tym samym mieszkaniu przeżyć 10 lat, zmieścić wszystko, mieć imprezy do rana i generalnie bogate życie towarzyskie z dwiema małymi łobuziarami pod nosem. Serio. Ja aktualnie jestem na etapie "wkur^%enia" na ten metraż, na ten jeden pokój, na brak przestrzeni... Marzę o większym. Na razie marzę, ale wierzę, że damy radę to marzenie spełnić. Uściski dla Was i Romci! Kasia

    OdpowiedzUsuń
  13. świetny post. kawalerki są fajne, ale bez dziecka i z zapasem piwnic u rodziców.
    no i jesteś mistrzynią organizacji przestrzeni. domyślam się, że po zapakowaniu pudeł trudno było uwierzyć, że to się zmieścilo w tak małym mieszkaniu...
    fajnie, że ten czas już macie za sobą.

    OdpowiedzUsuń
  14. Sama mieszkałam przez kilka dobrych lat w kawalerce i podobnie jak u Ciebie wszystko było pięknie do momentu kiedy nie pojawiła się nasza pierwsza córeczka. Mały metraż, czwarte piętro, bak windy, okna tylko od Zachodu...Było strasznie gorąco, duszno, pod balkonem niedzielni użytkownicy trunków w sklepie otwartym do 23...I mimo że uwielbiałam to mieszkanie to wtedy miałam go serdecznie dość. No i także nastąpiła przeprowadzka, tylko mimo wszystko tułaliśmy się jeszcze 5 kolejnych lat anim kupiliśmy swój domek;)Gratuluję zakupu mieszkania;)T tak bardzo cieszy!P.S. Świetny blog!

    OdpowiedzUsuń
  15. Hej! Czytałam Twoje wpisy o zakupie nowego mieszkania i "chylę kapelusza" przed Waszym pragmatycznym i przemyślanym podejściem, zarówno do kawalerki, jak i nowego, prześlicznego domu :)Niczym papuga powtarzam: BRAWO WY!!!
    Pozdrawiam Joanna

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej! czy mogłabyś napisać skąd jest ta miętowa komoda na kółkach,która stoi przy kanapie?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...