Kiedy przyjechałam do Agaty, zwanej Juno (siostry ciotecznej, ale kocham
jak rodzoną, mimo, że w dzieciństwie traktowała mnie jak małą wścibską zmorę
;), mieszkanie wyglądało jakby przeszło przez nie tornado. Załamałam się, bo
okazało się, że są z Bogdanem w trakcie metamorfozy wnętrza i pozbywania
zbędnych rzeczy z domu. Mieszkanie nie wyglądało, więc tak, jak je ostatnim
razem widziałam :( Piękne zabytkowe meble z ciemnego drewna malują na biało
(cały świat zwariował), stół z kuchni wymienili na biały z Ikei, a do niego
planują dokupić Eamesy (aaaa ludzie, czy to jedyne krzesła na tym świecie??), błagam pomóżcie mi jej coś doradzić!;)
Juno to jednak kreatywna i
zdolna bestia (szyje, dzierga, maluje, haftuje, klei, wycina i swoje projektuje.
Przykładowo
dla mnie banery na ślub, sesję i bloggers garden party zrobiła), więc w ogóle się
moją miną i stękaniem nie przejęła, tylko zabrała do garderoby. Otworzyła wielką drewnianą
skrzynię i wyciągnęła tony pięknie tkanych poduszek, kolorowych obrusów oraz
pledów i rzuciła hasło: "Działamy! Ja się zajmę bałaganem, a ty układaj i przestawiaj sobie
meble i ozdoby jak Ci się podoba" :)
Teraz jak tak sobie myślę, to było swego rodzaju wyzwanie i kolejne
rozwijające doświadczenie. Przecież mogłam dzięki temu zamienić się w prawdziwą
stylistkę :)))